sobota, 1 lutego 2025

Rozdział 3

 Nadszedł w końcu ten dzień. Wszyscy obudziliśmy się przed świtem, ponieważ według tradycji na Liściaste Wzgórze należało przybyć bardzo wcześnie. Muszę przyznać, że mimo wszystkich moich wątpliwości związanych z ceremonią, podekscytowanie innych zaczęło mi się trochę udzielać. Chociaż nie bardzo wierzyłam w to, że czeka nas tam coś niezwykłego, byłam ciekawa jak wygląda Liściaste Wzgórze oraz mieszkające tam zwierzęta. Podobno żyło tam mnóstwo różnych gatunków, wszystkie zwierzęta pragnące zostać szamanami. 

   Kilka starszych lwic miało zaprowadzić nas na miejsce. Mieliśmy przechodzić przez sawannę więc wybrano te, które potrafią najlepiej walczyć. Dużo słyszałam o tym, jak niebezpiecznie tam jest ale nie wiedziałam właściwie dlaczego - domyślałam się, że starsze lwy nie chcą nam o tym mówić, żeby nas nie straszyć, co było absurdalne bo przecież nie byliśmy już dziećmi. No ale przecież i tak poza wyprawami na Liściaste Wzgórze nikt tam się nie zapuszczał. 

Kiedy wszyscy wyszliśmy z jaskini, zgromadziliśmy się wokół przywódcy Plemienia. Senef posiadał srebrne futro poprzecinane kilkoma bliznami i gęstą czarną grzywę. 

- Lwy i lwice z Plemienia Słońca! Dzisiaj, tak jak nakazuje tradycja, niektórzy z Was - spojrzał w naszą stronę - wyruszą na Liściaste Wzgórze aby poznać czekającą was przyszłość i otrzymać cenne rady, które pomogą wam... - Senef mówił jednak ja szybko przestałam go słuchać zajęta własnymi rozmyślaniami.

Był zdecydowanie najsilniejszym lwem z Plemienia i właśnie to zapewniało mu przywództwo. Mimo, że w teorii po jego śmierci przywódczynią powinna zostać Lotis, istniało duże ryzyko, że jakiś silniejszy lew odbierze jej władzę siłą, co już zdarzało się w przeszłości. Młoda lwica nie była zbytnio podobna z wyglądu do swojego ojca - większość cech odziedziczyła po zmarłej matce. Teraz, słuchając tradycyjnej przemowy przywódcy, wygłaszanej zawsze, kiedy młode lwy wyruszały na Liściaste Wzgórze, wyglądała na wyjątkowo zestresowaną i niespokojną, co kontrastowało z radością i ekscytacją pozostałych. Zastanowiło mnie to, jednak nie miałam czasu za bardzo o tym myśleć, ponieważ przemowa wkrótce dobiegła końca a my musieliśmy ruszać w drogę. Wszystkie oczy zwrócone były na nas. Zehido jeszcze przez chwilę porozmawiał ze swoimi rodzicami i młodszą siostrą, Tinlą, która wyglądała na tak podekscytowaną jakby sama miała iść nami, po czym dołączył do reszty. Kiedy zaczęliśmy się oddalać, odwróciłam się jeszcze ma chwilę i zobaczyłam Malayu. Była wyraźnie niespokojna, jednak kiedy zorientowała się, że się na nią patrzę, uśmiechnęła się do mnie jakby chciała dodać mi otuchy.

 W momencie, w którym wyruszaliśmy na wciąż dotąd ciemnym niebie pojawiła się różowa łuna zwiastując zbliżający się świt. Im dłużej szliśmy, tym gęściej rosła trawa a kamienne wzgórza ustępowały miejsca równinie. Wysokie drzewa akacji i gęste krzewy stanowiły urozmaicenie płaskiego krajobrazu.  Rozglądałam się z zaciekawieniem chcąc jak najwięcej zapamiętać. Nagle usłyszałam ożywiony głos Zehido, który szedł w pewnej odległości przede mną, rozmawiając z Lotis.

- Jak myślisz, po co to wszystko? Wiesz, ta cała obstawa - zapytał wskazując na otaczające nas lwice. - Słyszałem, że Liściaste Wzgórze nie jest nawet zbyt daleko, poradzilibyśmy sobie sami gdyby ktoś pokazał nam drogę. Pomyśl jak super by było, moglibyśmy przy okazji zwiedzić okolice, przeżyć jakąś przygodę! Nie potrzebujemy takiej ochrony. Chyba, że... Chyba że na sawannie czai się jakieś niebezpieczeństwo - dokończył niezbyt cichym szeptem. 

- Oh, nie bądź głupi - Lotis nerwowo strzepnęła ogonem. - Senef po prostu martwi się o mnie, wiesz, jak to nadopiekuńczy rodzice.

- "A ta dalej myśli, że wszystko kręci się wokół niej" - pomyślałam, jednak nie odezwałam się ani słowem tylko dalej przysłuchiwałam się rozmowie. 

- Może - lew zastanowił się przez chwilę po czym spojrzał na nią z przekornym uśmiechem. - Albo może ty wiesz coś więcej i nie chcesz przyznać!

Powiedział to lekkim tonem, jednak złota lwica cała się zjeżyła i po rzucaniu mu zdenerwowanego spojrzenia, wyminęła go aby iść na samym przedzie. 

Przewróciłam oczami i uśmiechnęłam się pod nosem widząc jej obrażoną minę. Mimo wszystko, słowa Zehido wywołały u mnie niepokój. Przypomniały mi się wszystkie ostrzeżenia i historie, które słyszałam, niepokój Malayu, który starała się przede mną ukryć kiedy wyruszaliśmy. Rozejrzałam się jeszcze raz i zawęszyłam w powietrzu, ale nie zauważyłam ani nie wyczułam nic podejrzanego. 

- "Przecież tyle lwów chodziło ta drogą na Liściaste Wzgórze i nikomu nic się nie stało" - pomyślałam.

Przez resztę drogi uparcie odganiałam myśli o tych, którzy wyruszyli na sawannę samotnie i już nigdy nie wrócili. 

                                                        ✧・゚:*✧・゚:* 

Dzisiaj trochę dłuższy rozdział niż poprzedni, mam nadzieję, że się wam spodobał! Koniecznie dajcie znać o tym co sądzicie w komentarzach :3

piątek, 31 stycznia 2025

Rozdział 2

    Po wejściu do jaskini odetchnęłam głęboko. Powietrze w środku było inne, znacznie chłodniejsze niż na zewnątrz. Można było odpocząć tu od palącego słońca i upału, doskwierającego szczególnie teraz, podczas pory suchej. Rozejrzałam się, przypatrując się przez chwilę odpoczywającym lwicom. Nagle dostrzegłam wzrok jednej nich skierowany w moją stronę. Uśmiechnęłam się rozpoznając kto to jest i podeszłam bliżej, siadając obok niej.

- Jak ci minął dzień? - zapytała kremowa lwica.

Miała na imię Malayu i można powiedzieć, że była moją przybraną matką. Zaopiekowała się mną, kiedy trafiłam do Plemienia jako małe lwiątko, za co byłam jej bardzo wdzięczna. Była też jedną z niewielu osób w Plemieniu, którzy traktowali mnie tak, jakbym była jedną z nich. 

- W porządku - wzruszyłam ramionami.

Nie bardzo wiedziałam o czym mogłabym z nią porozmawiać. Tego dnia głównym tematem wszelkich rozmów była czekająca nas ceremonia, jednak byłam tym już naprawdę zmęczona Od dłuższego czasu miałam też wątpliwości dotyczące tego wydarzenia. Czy w ogóle powinnam brać w nim udział skoro nie pochodziłam z Plemienia Słońca i choć bardzo chciałam nie byłam w stanie w pełni poczuć się jego częścią? W końcu to była ich tradycja, nie moja.

- Nie przejmuj się tak tą ceremonią, to naprawdę nic wielkiego. Każdy przez to przechodził - Malayu starała się mnie pocieszyć, nie do końca chyba rozumiejąc z czego bierze się moje negatywne nastawienie. - Pomyśl, że przynajmniej będziesz mogła spotkać się z Ushą.

Byłam jej naprawdę wdzięczna za próby poprawienie mi nastroju, jednak wspomnienie Ushary z pewnością w tym nie pomogło. Była to córka Malayu, trochę młodsza ode mnie. Nigdy nie traktowałyśmy się jak siostry, raczej istniała pomiędzy nami rywalizacja o uwagę lwicy. Nie ukrywam że ucieszyłam się, kiedy pewnego dnia odwiedził nas mandaryl Karufi, najważniejszy z szamanów, oznajmiając, że chciałby aby młoda lwiczka została jego uczennicą. Było to bardzo zaskakujące, ponieważ szamani z Liściastego Wzgórza zazwyczaj, z wyjątkiem kilku ceremonii, unikali kontaktu z lwami a ich uczniami zostawały zwierzęta innych gatunków. Usha oczywiście zgodziła się, tym bardziej, że przywódca i większość Plemienia tłumaczyli jej jak niesamowitą szansę dostała i ile może nauczyć się od szamanów. Od tamtej pory mieszkała na Liściastym Wzgórzu, nie mogąc zbyt często kontaktować się z innymi lwami.

Pokiwałam głową i spojrzałam na Malayu, która wyraźnie posmutniała a jej oczy zasnuły się mgłą wspomnień. Partner lwicy i ojciec Ushary pewnego dnia samotnie udał się na sawannę i nigdy nie wrócił. Tak po prostu. Nikt nie wiedział co sie z nim stało, ale wszyscy założyli że coś okropnego, i potwierdziło to tylko obawy przed zapuszczaniem się na sawannę. Później, kiedy Usha odeszła na Liściaste Wzgórze, Malayu została prawie całkiem sama. Czułam, że nic co mogłabym powiedzieć nie pocieszyłoby wspominającej swoją rodzinę lwicy, więc po prostu położyłam się w pobliżu, obserwując jak gasną ostatnie promienie słońca wpadające do środka. 

- "Ostatecznie, Malayu ma jeszcze mnie" - pomyślałam, tuż przed zapadnięciem w krótki, niespokojny sen.

                                                        ✧・゚:*✧・゚:* 

A więc tak, po prawie roku wróciłam do tego bloga! Przy okazji zrobiłam mały redesing Imani, możecie zobaczyć nową wersję w galerii. Dajcie znać jak się wam ona podoba i co sądzicie o tym rozdziale! 

wtorek, 11 kwietnia 2023

Rozdział 1

   Słońce powoli zniżało się na niebie, zabarwiając je na złoto pomarańczowy  kolor. Woda w jeziorze lśniła oświetlana jego promieniami a zwierzęta korzystały z ostatnich chwil dnia i skubały trawę na rozległych łąkach sawanny. Korony pojedynczych, wysokich drzew rosnących na równinie skąpane były w jasnym blasku. 

   Uwielbiałam ten widok. Przychodziłam tu właściwie tak często jak tylko mogłam. Wszystkim lwom wystarczało życie na kamienistych i górzystych terenach należących do Plemienia Słońca, ja jednak od zawsze... Czasami zastanawiałam się, czy nie chciałabym może czegoś innego. Oczywiście rozumiałam, że jest tam niebezpiecznie i nigdy nie zapuściłabym się samotnie na sawannę. Wprawdzie nie pochodziłam z Plemienia ale to nie ważne - teraz mieszkałam tutaj i nic innego nie miało znaczenia. Mimo wszystko lubiłam obserwować ten krajobraz. Był taki spokojny, piękny i w pewnym stopniu znajomy.



   Nagle drgnęłam usłyszawszy kroki za moimi plecami. Odwróciłam się szybko i zobaczyłam kremowego lwa z niewielką czerwoną grzywą idącego w moją stronę. Zehido.

- Cześć Imani - powiedział  siadając obok mnie. - Jak tam nastrój przed ceremonią? 

Wiedziałam, że nie przyszedł porozmawiać ze mną bez powodu. Musiało mu się bardzo nudzić, prawdopodobnie osoby z którymi wolałby w tej chwili przebywać poszły na polowanie bez niego. Jakkolwiek było nie zamierzałam mu tego teraz wypominać.

- Cześć - odparłam i zastanowiłam się przez chwilę. - Jeśli chodzi o ceremonię to... Chyba w porządku - wzruszyłam ramionami nie wiedząc za bardzo co powiedzieć. 

 Ceremonia... Temat o którym rozmawiali ostatnio dosłownie wszyscy. Oczywiście rzadko sama włączałam się w takie rozmowy ale doskonale wiedziałam co sądzą o tym inni. Podobno najważniejsze wydarzenie w życiu młodego lwa, dzięki któremu dowiemy się wiele o sobie a także będziemy mieli szansę poznać przyszłość. Z rozmów starszych lwów wynikało jednak, że wyprawa na Liściaste Wzgórze to właściwie nic takiego, szamani mieszkający tam dadzą nam kilka porad i to wszystko. Nie nastawiałam się więc jakoś specjalnie.

- Nie cieszysz się? Przecież to jest bardzo ekscytujące, nie mogę doczekać aż dowiem się jaka przyszłość mnie czeka! - zawołał Zehido.

Zanim zdążyłam coś odpowiedzieć usłyszałam  zza pleców głos:

- Może podekscytowani są tylko ci, którzy wiedzą, że mają szansę na ciekawą przyszłość?

Lotis. Wiedziałam, że nie odpuści sobie tej okazji. Jako córka przywódcy stada wydawała się przekonana, że jest lepsza od wszystkich innych lwów. Zwłaszcza ode mnie bo przecież byłam "obca". Złota lwica podeszła do nas. Kiedy zobaczyłam niezadowoloną minę Zehido zrobiło mi się go nawet żal. Byli zaręczeni od kiedy byli lwiątkami a Lotis usilnie próbowała zbliżyć się do niego spędzając przy nim każdą wolną chwilę. Nie zamierzałam wchodzić z nią w żadne dyskusje.

- A może podekscytowani są ci, którzy wierzą w bajeczki dla lwiątek - prychnęłam i szybko wyminęłam ją i Zechido, odchodząc w stronę jaskini gdzie mieszkało Plemię Słońca. Miałam szczerą nadzieję, że ta cała ceremonia i rozmowy z nią związane szybko się zakończą.

                            ✧・゚:*✧・゚:*





Podobał się Wam ten rozdział? Co sądzicie o wprowadzonych tutaj bohaterach? Podzielcie się swoją opinią w komentarzach!

poniedziałek, 10 kwietnia 2023

Prolog

   Na sawannie panowała susza. Lwy z Plemienia Słońca zapamiętały jednak ten dzień jako wyjątkowo upalny. Nikt właściwie nie wiedział, w którym miejscu rozpoczął się pożar. Dość powiedzieć, że wystarczyła chwila, aby ogień rozprzestrzenił się na tyle, że ogarnął swymi płomieniami ogromny obszar suchych łąk. Zwierzęta w panice uciekały przed niszczycielskim żywiołem a czerwona łuna przysłaniała błękit nieba. 

   Ogień otoczył także małą polankę, na której polowała grupa lwic. Plemię Słońca rzadko zapuszczało się na polowanie na otwarte tereny, jednak teraz na górzystych wzgórzach zwierzyny było wyjątkowo mało. I właśnie wtedy, kiedy lwice pospiesznie opuszczały niebezpieczne miejsce, zobaczyły ją. Młodą brązową lwiczkę leżącą zemdloną na suchej ziemi. Oddychała jeszcze, lecz nie było wątpliwości, że zginie jeśli zostanie tu chociaż chwilę dłużej. Jedna z lwic szybko podniosła z ziemi lwiczkę i pobiegła za pozostałymi. 

   Kiedy lwice wracały do reszty stada ogień zaczął powoli przygasać. Nagle na swojej drodze zobaczyły sporej wielkości kształt leżący w trawie. Podeszły bliżej. Okazało się, że była to jasnobrązowa lwica. Wydawała się już martwa ale kiedy się przyjrzały się jej, zobaczyły, jak powoli otwiera oczy. Jej wzrok powędrował w stronę lwiczki trzymanej przez jedną z lwic. Widać było, że chce coś powiedzieć ale nie może złapać oddechu. Wreszcie wyszeptała cicho:

- Nazywa się Imani




Rozdział 3

 Nadszedł w końcu ten dzień. Wszyscy obudziliśmy się przed świtem, ponieważ według tradycji na Liściaste Wzgórze należało przybyć bardzo wcz...