Po wejściu do jaskini odetchnęłam głęboko. Powietrze w środku było inne, znacznie chłodniejsze niż na zewnątrz. Można było odpocząć tu od palącego słońca i upału, doskwierającego szczególnie teraz, podczas pory suchej. Rozejrzałam się, przypatrując się przez chwilę odpoczywającym lwicom. Nagle dostrzegłam wzrok jednej nich skierowany w moją stronę. Uśmiechnęłam się rozpoznając kto to jest i podeszłam bliżej, siadając obok niej.
- Jak ci minął dzień? - zapytała kremowa lwica.
Miała na imię Malayu i można powiedzieć, że była moją przybraną matką. Zaopiekowała się mną, kiedy trafiłam do Plemienia jako małe lwiątko, za co byłam jej bardzo wdzięczna. Była też jedną z niewielu osób w Plemieniu, którzy traktowali mnie tak, jakbym była jedną z nich.
- W porządku - wzruszyłam ramionami.
Nie bardzo wiedziałam o czym mogłabym z nią porozmawiać. Tego dnia głównym tematem wszelkich rozmów była czekająca nas ceremonia, jednak byłam tym już naprawdę zmęczona Od dłuższego czasu miałam też wątpliwości dotyczące tego wydarzenia. Czy w ogóle powinnam brać w nim udział skoro nie pochodziłam z Plemienia Słońca i choć bardzo chciałam nie byłam w stanie w pełni poczuć się jego częścią? W końcu to była ich tradycja, nie moja.
- Nie przejmuj się tak tą ceremonią, to naprawdę nic wielkiego. Każdy przez to przechodził - Malayu starała się mnie pocieszyć, nie do końca chyba rozumiejąc z czego bierze się moje negatywne nastawienie. - Pomyśl, że przynajmniej będziesz mogła spotkać się z Ushą.
Byłam jej naprawdę wdzięczna za próby poprawienie mi nastroju, jednak wspomnienie Ushary z pewnością w tym nie pomogło. Była to córka Malayu, trochę młodsza ode mnie. Nigdy nie traktowałyśmy się jak siostry, raczej istniała pomiędzy nami rywalizacja o uwagę lwicy. Nie ukrywam że ucieszyłam się, kiedy pewnego dnia odwiedził nas mandaryl Karufi, najważniejszy z szamanów, oznajmiając, że chciałby aby młoda lwiczka została jego uczennicą. Było to bardzo zaskakujące, ponieważ szamani z Liściastego Wzgórza zazwyczaj, z wyjątkiem kilku ceremonii, unikali kontaktu z lwami a ich uczniami zostawały zwierzęta innych gatunków. Usha oczywiście zgodziła się, tym bardziej, że przywódca i większość Plemienia tłumaczyli jej jak niesamowitą szansę dostała i ile może nauczyć się od szamanów. Od tamtej pory mieszkała na Liściastym Wzgórzu, nie mogąc zbyt często kontaktować się z innymi lwami.
Pokiwałam głową i spojrzałam na Malayu, która wyraźnie posmutniała a jej oczy zasnuły się mgłą wspomnień. Partner lwicy i ojciec Ushary pewnego dnia samotnie udał się na sawannę i nigdy nie wrócił. Tak po prostu. Nikt nie wiedział co sie z nim stało, ale wszyscy założyli że coś okropnego, i potwierdziło to tylko obawy przed zapuszczaniem się na sawannę. Później, kiedy Usha odeszła na Liściaste Wzgórze, Malayu została prawie całkiem sama. Czułam, że nic co mogłabym powiedzieć nie pocieszyłoby wspominającej swoją rodzinę lwicy, więc po prostu położyłam się w pobliżu, obserwując jak gasną ostatnie promienie słońca wpadające do środka.
- "Ostatecznie, Malayu ma jeszcze mnie" - pomyślałam, tuż przed zapadnięciem w krótki, niespokojny sen.
✧・゚:*✧・゚:*
A więc tak, po prawie roku wróciłam do tego bloga! Przy okazji zrobiłam mały redesing Imani, możecie zobaczyć nową wersję w galerii. Dajcie znać jak się wam ona podoba i co sądzicie o tym rozdziale!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz