Nadszedł w końcu ten dzień. Wszyscy obudziliśmy się przed świtem, ponieważ według tradycji na Liściaste Wzgórze należało przybyć bardzo wcześnie. Muszę przyznać, że mimo wszystkich moich wątpliwości związanych z ceremonią, podekscytowanie innych zaczęło mi się trochę udzielać. Chociaż nie bardzo wierzyłam w to, że czeka nas tam coś niezwykłego, byłam ciekawa jak wygląda Liściaste Wzgórze oraz mieszkające tam zwierzęta. Podobno żyło tam mnóstwo różnych gatunków, wszystkie zwierzęta pragnące zostać szamanami.
Kilka starszych lwic miało zaprowadzić nas na miejsce. Mieliśmy przechodzić przez sawannę więc wybrano te, które potrafią najlepiej walczyć. Dużo słyszałam o tym, jak niebezpiecznie tam jest ale nie wiedziałam właściwie dlaczego - domyślałam się, że starsze lwy nie chcą nam o tym mówić, żeby nas nie straszyć, co było absurdalne bo przecież nie byliśmy już dziećmi. No ale przecież i tak poza wyprawami na Liściaste Wzgórze nikt tam się nie zapuszczał.
Kiedy wszyscy wyszliśmy z jaskini, zgromadziliśmy się wokół przywódcy Plemienia. Senef posiadał srebrne futro poprzecinane kilkoma bliznami i gęstą czarną grzywę.
- Lwy i lwice z Plemienia Słońca! Dzisiaj, tak jak nakazuje tradycja, niektórzy z Was - spojrzał w naszą stronę - wyruszą na Liściaste Wzgórze aby poznać czekającą was przyszłość i otrzymać cenne rady, które pomogą wam... - Senef mówił jednak ja szybko przestałam go słuchać zajęta własnymi rozmyślaniami.
Był zdecydowanie najsilniejszym lwem z Plemienia i właśnie to zapewniało mu przywództwo. Mimo, że w teorii po jego śmierci przywódczynią powinna zostać Lotis, istniało duże ryzyko, że jakiś silniejszy lew odbierze jej władzę siłą, co już zdarzało się w przeszłości. Młoda lwica nie była zbytnio podobna z wyglądu do swojego ojca - większość cech odziedziczyła po zmarłej matce. Teraz, słuchając tradycyjnej przemowy przywódcy, wygłaszanej zawsze, kiedy młode lwy wyruszały na Liściaste Wzgórze, wyglądała na wyjątkowo zestresowaną i niespokojną, co kontrastowało z radością i ekscytacją pozostałych. Zastanowiło mnie to, jednak nie miałam czasu za bardzo o tym myśleć, ponieważ przemowa wkrótce dobiegła końca a my musieliśmy ruszać w drogę. Wszystkie oczy zwrócone były na nas. Zehido jeszcze przez chwilę porozmawiał ze swoimi rodzicami i młodszą siostrą, Tinlą, która wyglądała na tak podekscytowaną jakby sama miała iść nami, po czym dołączył do reszty. Kiedy zaczęliśmy się oddalać, odwróciłam się jeszcze ma chwilę i zobaczyłam Malayu. Była wyraźnie niespokojna, jednak kiedy zorientowała się, że się na nią patrzę, uśmiechnęła się do mnie jakby chciała dodać mi otuchy.
W momencie, w którym wyruszaliśmy na wciąż dotąd ciemnym niebie pojawiła się różowa łuna zwiastując zbliżający się świt. Im dłużej szliśmy, tym gęściej rosła trawa a kamienne wzgórza ustępowały miejsca równinie. Wysokie drzewa akacji i gęste krzewy stanowiły urozmaicenie płaskiego krajobrazu. Rozglądałam się z zaciekawieniem chcąc jak najwięcej zapamiętać. Nagle usłyszałam ożywiony głos Zehido, który szedł w pewnej odległości przede mną, rozmawiając z Lotis.
- Jak myślisz, po co to wszystko? Wiesz, ta cała obstawa - zapytał wskazując na otaczające nas lwice. - Słyszałem, że Liściaste Wzgórze nie jest nawet zbyt daleko, poradzilibyśmy sobie sami gdyby ktoś pokazał nam drogę. Pomyśl jak super by było, moglibyśmy przy okazji zwiedzić okolice, przeżyć jakąś przygodę! Nie potrzebujemy takiej ochrony. Chyba, że... Chyba że na sawannie czai się jakieś niebezpieczeństwo - dokończył niezbyt cichym szeptem.
- Oh, nie bądź głupi - Lotis nerwowo strzepnęła ogonem. - Senef po prostu martwi się o mnie, wiesz, jak to nadopiekuńczy rodzice.
- "A ta dalej myśli, że wszystko kręci się wokół niej" - pomyślałam, jednak nie odezwałam się ani słowem tylko dalej przysłuchiwałam się rozmowie.
- Może - lew zastanowił się przez chwilę po czym spojrzał na nią z przekornym uśmiechem. - Albo może ty wiesz coś więcej i nie chcesz przyznać!
Powiedział to lekkim tonem, jednak złota lwica cała się zjeżyła i po rzucaniu mu zdenerwowanego spojrzenia, wyminęła go aby iść na samym przedzie.
Przewróciłam oczami i uśmiechnęłam się pod nosem widząc jej obrażoną minę. Mimo wszystko, słowa Zehido wywołały u mnie niepokój. Przypomniały mi się wszystkie ostrzeżenia i historie, które słyszałam, niepokój Malayu, który starała się przede mną ukryć kiedy wyruszaliśmy. Rozejrzałam się jeszcze raz i zawęszyłam w powietrzu, ale nie zauważyłam ani nie wyczułam nic podejrzanego.
- "Przecież tyle lwów chodziło ta drogą na Liściaste Wzgórze i nikomu nic się nie stało" - pomyślałam.
Przez resztę drogi uparcie odganiałam myśli o tych, którzy wyruszyli na sawannę samotnie i już nigdy nie wrócili.
✧・゚:*✧・゚:*
Dzisiaj trochę dłuższy rozdział niż poprzedni, mam nadzieję, że się wam spodobał! Koniecznie dajcie znać o tym co sądzicie w komentarzach :3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz